Fokstrot tańczony na pustyni

Kino izraelskie lubuje się nie tylko w obrazach o konflikcie z Palestyńczykami. To, w czym izraelscy reżyserowie są naprawdę dobrzy, to dramaty, które ukazują rodzinne i społeczne problemy. Była już mowa o integracji nowych obywateli w „Na końcu świata w lewo”, o homoseksualizmie wśród ultraortodoksyjnych Żydów z Jerozolimy w „Oczach szeroko otwartych”, problemach związanych z rozwodem w „Vivianne chce się rozwieść” i o zawieraniu małżeństwa wśród religijnych rodzin Tel Awiwu w „Wypełnić pustkę”. W swoim „Fokstrocie” Samuel Maoz chce opowiedzieć widzom o problemach przed jakimi staje rodzina po utracie syna na służbie w izraelskim wojsku.

Maoz już nie po raz pierwszy porusza się dookoła tematyki żołnierskiej. W 2007 roku nakręcił głośny „Liban”, który przedstawiał bezsens wojny, a także strach niedoświadczonych chłopaków wysyłanych na misje bojowe. „Fokstrot” z 2017 jest jednak innym filmem. Tutaj śmierć żołnierza na służbie jest pretekstem do opowiedzenia historii rodzinnej. Na początku filmu poznajemy Michaela i Dafne, dobrze sytuowane, świeckie małżeństwo. Gdy do ich drzwi pukają żołnierze, oboje już instynktownie wiedzą, że nie niosą oni dobrych wieści.

W pierwszym akcie zdecydowanie błyszczy Lior Ashkenazi (znany choćby z „Dużych, złych wilków”), grający Michaela. W scenach z jego udziałem przejmujące jest przede wszystkim jego milczenie, kontrastujące z niemal nieustającym gadaniem wszystkich dookoła. Od żołnierzy nakazujących mu wypijać szklankę wody co godzina, przez rabina polowego, po pojawiających się coraz to nowszych członków rodziny, wszyscy ciągle mówią do Michaela, ignorując jego ewidentną potrzebę samotności. Michael znosi to dzielnie jedynie początkowo, choć gdy już wybucha, to obrywa się nawet psu.

Drugi akt jest retrospekcją opowiadającą o czteroosobowym oddziale strzegącym posterunku Fokstrot gdzieś na Zachodnim Brzegu. W oddziale służy Jonatan, syn Dafne i Michaela, którego zadaniem jest kontrola przejeżdżających przez posterunek samochodów i ich pasażerów. Sceny z udziałem żołnierzy pełne są absurdalnego, czarnego humoru, wynikającego z ich osamotnienia pośrodku niczego.

Na uwagę zasługują także zdjęcia, za które odpowiada Giora Bejach („Liban”, „Duże, złe wilki”). Praca kamery skupia się na drobnych szczegółach, które budują atmosferę, kreując dziwaczny świat, w którym osadzona jest opowieść. Długie ujęcia, zwłaszcza w drugim akcie, podkreślają dłużyznę dni pośrodku niczego, na zapomnianym pustkowiu, gdzieś pomiędzy rdzewiejącym szlabanem, a przechylającym się bardziej z każdym dniem mieszkalnym kontenerem.

„Fokstrot” jest filmem godnym uwagi i docenionym wielom nagrodami, takimi jak trzy nagrody na MFF w Wenecji, czy aż osiem przyznawanych przez Izraelską Akademię Filmową Ofirów, dla filmu, reżysera, głównego aktora i poszczególnych członków ekipy. Widzom zaznajomionym z izraelską literaturą trudno będzie pozbyć się wrażenia, że film jest bardzo luźno zainspirowany świetnym dramatem „Poza czasem” Dawida Grosmana. Oba dzieła wychodzą z podobnego punktu, chociaż od pewnego momentu każde zaczyna iść w swoją stronę. W pewnym sensie ostatecznie jednak się spotykają, gdy oba wracają do punktu początkowego. Jak w filmie mówi Michael, pokazując Dafne, jak tańczy się Fokstrota: „nieważne, gdzie pójdziesz, zawsze wracasz do punktu wyjścia”.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *