Raszida Tlaib i relacje izraelsko-amerykańskie w cieniu rodzinnej tragedii

W ubiegłym tygodniu rząd Izraela zdecydował się odmówić prawa wjazdu do kraju dwóm członkiniom Kongresu USA, Raszidzie Tlaib i Ilhan Omar. Obie miały zamiar wybrać się na Zachodni Brzeg w towarzystwie dziennikarzy, aby pokazać jak wygląda życie Palestyńczyków. Jako pretekst do tej wizyty Tlaib podała odwiedziny u swojej babci, mieszkającej w jednej z wiosek w centrum Autonomii Palestyńskiej. Decyzja o zakazie wjazdu padła kilka godzin po tym, jak prezytent Trump publicznie wezwał Izrael do uniemożliwienia im przybycia do kraju.

Tlaib i Omar są pierwszymi muzułmankami wybranymi do Kongresu. Ich pomysł, by pojechać na Zachodni Brzeg nie był zaskoczeniem – Tlaib pochodzi z palestyńskiej rodziny a jej babcia do dzisiaj mieszka na okupowanych terytoriach. Co zrozumiałe, Tlaib działa na rzecz Palestyńczyków i znana jest z krytyki Izraelskiej polityki wobec Autonomii. Decyzja o zakazie wjazdu padłą jednak w okolicznościach, które dla większości państw zachodnich byłyby conajmniej dziwne. Możnaby się spodziewać, że ruch tego typu spowoduje napięcie w relacjach między dwoma państwami. W końcu zakazano wjazdu delegacji, w skład której wchodzą przedstawiciele parlamentu. Tutaj jednak decyzja była nie tylko poparta przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale on sam do niej namawiał.

Środowiska krytyczne wobec obecnej administracji amerykańskiej podkreślają, że Trump jest znany z antymuzułmańskich poglądów. Sama Tlaib nazwała go islamofobem, podkreślając, że w kontekście relacji obu przywódców decyzja rządu Benjamina Netanjahu nie jest niespodzianką. Obie kobiety zostały poparte przez różnych liderów Partii Demokratycznej. Krytycznie wobec decyzji wypowiedział się choćby Chuck Schumer, lider mniejszości senackiej i polityk, który znany jest raczej z proizraelskich poglądów. Jego zdaniem taki ruch jest oznaką słabości i wpłynie negatywnie na stosunki obu krajów. Przede wszystkim, jak uważa, urażeni mogą się poczuć niektórzy Amerykanie, którzy zwykle popierają Izrael. Dodał, że żadna demokracja nie powinna się bać dojrzałego dialogu i krytyki.

Minister spraw wewnętrznych Izraela, Arie Deri, podjął jednak decyzję o tym, by zezwolić na wjazd Raszidy Tlaib, nakładając na nią jednak warunki. Wjazd miał przyjąć jedynie charakter wizyty prywatnej, a podczas pobytu miałą ona „zaniechać dalszego bojkotu Izraela” a będzie mogła odwiedzić swoją babcię na Zachodnim Brzegu.  Tlaib, która sama złożyła wniosek o pozwolenie na wjazd, poinformowała, że nie zgadza się na takie warunki i nie przyjedzie do kraju.

Złośliwi uważają, że Tlaib liczyła na odmowę, ale zgoda wyrażona przez ministra ją zaskoczyła. Izraelscy polityczy zaznaczyli, że odrzuciła ona gest dobrej woli, co świadczy jedynie o tym, że celem jej przyjazdu miała być jedynie krytyka Państwa Żydowskiego, nie zaś odwiedzenie rodziny. Tlaib zaczęła się bronić i podkreślać, że takie postawienie sprawy uderza w jej godność a także podważa demokratyczność Izraela.

Z własnego punktu widzenia Izrael wyszedł z tego starcia obronną ręką i konflikt z przedstawicielką amerykańskiego parlamentu przekuł na swoją korzyść. Ręce premiera Netanjahu i ministra Deri są czyste, bo mimo jasnego komunikatu z Białego Domu zgodzili się na wizytę. W końcu, odnosząc się do tego, co sama mówiła Tlaib, jej podstawowym celem były odwiedziny u babci. Prezydent Trump głośno ją skrytykował podkreślając, że Izraelczycy zachowali się właściwie. 

Minister Deri i prezydent Trump mają jednak pewną wspólną cechę – potrafią być złośliwi i nie potrafią trzymać języka za zębami. Arie Deri, odnosząc się do decyzji Tlaib, powiedział, że „jej nienawiść do Izraela okazała się większa, niż miłość do babci” a Trump na Twitterze, czyli w swoim ulubionym medium, napisał, że „jedynym zwycięzcą sytuacji jest babcia Tlaib, która nie będzie musiała się spotkać z kongresmenką”. Tego typu wycieczki osobiste nie są jednak niczym nowym i raczej nie wpłyną realnie na politykę.

Ta sytuacja nie wpłynie raczej na wynik wyborów w Izraelu czy też w Stanach Zjednoczonych. Może jednak ukształtować przyszłe relacje między Partią Demokratyczną a rządzącym Izraelem Likudem. Z pewnością jednak Izrael może sobie pozwolić na śmielsze kroki dopóki Donald Trump jest prezydentem.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *