Analiza: izraelsko-palestyński PR

Podczas zorganizowanych 30 marca 2018 roku protestów w Strefie Gazy doszło do kilkunastu incydentów wskutek których zginęło 15 Palestyńczyków. Izraelskie służby bezpieczeństwa szacują, że około 4 spośród nich związanych było ze zbrojnym skrzydłem Hamasu, brygadami al-Kassam. Oprócz 16 ofiar śmiertelnych według różnych źródeł podaje się około 1400 rannych z jednego tylko dnia. Sytuacja bardzo szybko spotkała się z reakcją międzynarodową – izraelskie działania zostały potępione między innymi przez Egipt, Jordanię i Turcję, a Kuwejt, będący przedstawicielem państw arabskich przy ONZ wezwał do niezależnego śledztwa w Strefie Gazy. Sytuacja ciągle się rozwija i poszczególne strony zapowiadają dalsze kryzysy. Kto tak naprawdę zyskuje na tej sytuacji?

Palestyńczycy rozpoczęli w piątek, 30 marca protest, który w założeniu ma trwać 45 dni i zakończyć się w dzień Nakby, czyli rocznicy wygnania Palestyńczyków z terenów dzisiejszego Państwa Izrael w roku 1948, po ich klęsce w pierwszej wojne izraelsko-arabskiej. Społeczność palestyńska na całym świecie co roku 15 maja, dzień po przypadającej w świeckim kalendarzu rocznicy powstania Izraela, demonstrują swoją chęć powrotu na dawne ziemie. Wiąże się to z gestami solidarności okazywanej tym z Palestyńczyków, którzy dzisiaj mieszkają w Gazie i na Zachodnim Brzegu, choć do nich nie ogranicza się lista palestyńskich uchodźców. Na ten rok mieszkańcy Strefy Gazy zaplanowali wielodniowy protest, który miał dodatkowo podkreślić kryzys humanitarny na ich terytorium.

O kryzysie humanitarnym alarmowały już nie tylko palestyńskie organizacje, ale również izraelskie organizacje walczące o prawa człowieka i agendy systemu Narodów Zjednoczonych. W ostatnich miesiącach Minister Obrony Izraela Awigdor Lieberman podkreślał, że kryzysu nie ma, a jedyną instytucją, która może to zweryfikować jest Koordynator Aktywności Rządowych na Okupowanych Terytoriach (COGAT), generał Joaw Mordechai. Jednocześnie Lieberman przyznał, że sytuacja w Strefie Gazy jest trudna dla jej mieszkańców, a dostęp do podstawowych usług się pogorszył i „musi być wzięty pod uwagę”. Zdaniem Liebermana głównym winowajcą sytuacji nie jest jednak blokada Strefy Gazy, a działalność Hamasu, który przeznaczył w 2017 roku 260 milionów dolarów na budowę rakiet i tuneli do Izraela. Lieberman zaznaczył, że około 100 milionów dolarów, pochodzi od Iranu, odnosząc się tym samym do wiadomości, którą na swoim koncie Twittera opublikował Jason Greenblatt, specjalny wysłannik Donalda Trumpa na Bliski Wschód. Zdaniem Greenblatta Iran przeznacza miliardy dolarów w ciągu roku na sponsorowanie terroryzmu między innymi w Gazie i w Libanie.

Protest został jednak zorganizowany 30 marca po to, by zaznaczyć pogarszającą się sytuację i to, że od 1948 roku sytuacja palestyńskich uchodźców nie uległa zmianie, a Izrael nie ma zamiaru umożliwić im powrotu na dawne ziemie. Organizatorzy podkreślali, że choć problemem jest nie tylko działanie Izraela, ale również blokada ze strony Egiptu, to mieszkańcy Gazy nie są tak uzależnieni od podmiotów innych niż Izrael. W związku z tym pięć głównych miejsc, w których protest miał się odbywać przez następne 45 dni było zlokalizowane przy granicy z Izraelem. Izrael uznał, że taka metoda protestu to jedynie wykorzystywanie cywili przez Hamas w roli ludzkich tarcz i okazja do przeprowadzania ataków terrorystycznych. Korzystając z tego argumentu, Ministerstwo Obrony podjęło decyzję o mobilizacji wojsk przy murze oddzielającym Izrael od Strefy Gazy. Od tego momentu sytuacja zaczęła się komplikować.

Wskutek starć Palestyńczyków z Izraelczykami w piątek lawinowo zaczęła rosnąć liczba rannych i poległych. Ambasador Izraela przy ONZ, Danny Danon, wezwał międzynarodową społeczność, by nie dała się zwieść protestom, nazywające je doskonale zorganizowanymi zgromadzeniami terrorystów. Po całym dniu starć kryzys wewnętrzny zamienił się w międzynarodowy kryzys dyplomatyczny. Rijad Mansur, ambasador Palestyńczyków przy ONZ wyraził ubolewanie nad tym, że Rada Bezpieczeństwa nie potępiła działań, które nazwał zbrodnią. Sekretarz Generalny ONZ António Guterres wezwał do przeprowadzenia niezależnego śledztwa dotyczącego starć.

Na życzenie Kuwejtu w piątek w nocy zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ. Podczas spotkania poszczególni członkowie Rady potępili działania Izraela, w szczególności otwarcie ognia do cywilów. Przedstawiciel Kuwejtu podkreślił, że piątkowe wydarzenia nie mogą być oceniane bez uwzględnienia kontekstu całej okupacji Zachodniego Brzegu i blokady Gazy, zauważając, że znaczna część protestujących negatywnie odczuła obcięcie środków dla Agendy dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA). Sekretarz Generalny ds. Politycznych, Tayé-Brook Zerihoun, zaznaczył, że piątkowa sytuacja w bolesny sposób przypomina, że brakuje rozwiązania konfliktu między Izraelem a Palestyńczykami. Przypomniał również, że Izrael jako okupant ma humanitarne obowiązki wobec Palestyńczyków. Według sekretarza znaczna część protestu przebiegała pokojowo, choć nie brakowało nadużyć po obu stronach. Wśród nadużyć wyliczył on użycie ostrej amunicji przez Izraelczyków, ale również zachowania Palestyńczyków takie jak obrzucanie żołnierzy kamieniami, czy wysyłanie cywilów, w tym dzieci w stronę muru. Przedstawiciel Polski, Paweł Radomski, podkreślił, że użycie siły powinno być proporcjonalne do zagrożenia. Potępił jednocześnie wszelkie aktywności terrorystyczne.

Wezwanie do niezależnego śledztwa w sprawie piątkowych starć i propozycja rezolucji potępiającej użycie przemocy w stosunku do cywilów zostało jednak zawetowane przez przedstawiciela Stanów Zjednoczonych. Prezydent Mahmud Abbas oskarżył jednocześnie Stany Zjednoczone o uprzedzenie w stosunku do Palestyńczyków i nieobiektywną ocenę sytuacji. Do potępienia sytuacji włączył się prezydent Erdogan, nazywając premiera Netanjahu „terrorystą”. Premier Izraela odpowiedział mu za pośrednictwem Twittera, zaznaczając, że „najmoralniejsza armia świata nie będzie pouczana przez kogoś, kto bombarduje cywilów” odnosząc się do bombardowań w Efrin. Do potępienia włączyły się ministerstwa spraw zagranicznych Egiptu i Jordanii, podkreślając, że eskalacja konfliktu jest nieakceptowalna. Do zaprzestania działań wymierzonych w cywilów Izrael wezwała też Liga Państw Arabskich.

Jeszcze przed piątkowymi protestami oceniano, że Izrael błędnie planuje rozwiązać problematyczną sytuację. Obecnie Hamas został zepchnięty do defensywy. Niestety, zgodnie z obawami wielu komentatorów politycznych, Izrael przegrał bitwę o opinię publiczną. W chwili obecnej ciężko mówić, by społeczność międzynarodowa była bliższa uznaniu racji Izraela. Mimo, że działania rządu premiera Netanjahu spotykają się z poparciem Donalda Trumpa i jego administracji, to inne siły międzynarodowe i publika negatywnie odnoszą się do tych akcji. Partia Benjamina Netanjahu nie docenia jednak działań dyplomatycznych, a w szczególności nie ufa prowadzeniu wielostronnej polityki międzynarodowej. Jako zwolennicy twardego realizmu w działaniach politycznych, decydenci Likudu wolą, by Izrael swoją politykę prowadził w dwustronnych rozmowach. Problemem takiego podejścia jest trudność w poprawianiu relacji z aktorami, którzy wcześniej nie odnosili się pozytywnie do polityki międzynarodowej Izraela.

Palestyńczycy, którzy od pierwszej wojny izraelsko-arabskiej zmuszeni byli do prowadzenia działań partyzanckich i asymetrycznych, dzisiaj są mistrzami w opowiadaniu historii. W sytuacji, w której niemal cały świat arabski i większość świata zachodniego przychyla się do opinii o tym, że to Palestyńczycy są jedyną ofiarą tego konfliktu. Izraelczycy, choć usilnie próbują, nie są w stanie sprzedać swojej wersji historii, mówiącej o tym, że w rzeczywistości to oni są ofiarami, a ich kraj jest twierdzą otoczoną z każdej strony terrorystami o morderczych zamiarach. Ta optyka była wiodącą na Zachodzie do czasu zakończenia zimnej wojny, kiedy Izrael był jedyną na Bliskim Wschodzie enklawą Zachodu. Dzisiaj opinia publiczna w Europie nie ma już wrogów na własnym progu i skupia się na problemach trzeciego świata. Jednym z tych problemów stała się sytuacja Palestyńczyków, tych na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy. W tej sytuacji Izraelczycy, jako silniejsza strona konfliktu, nie są w stanie zbudować pozytywnego obrazu swojej polityki, który jednocześnie byłby przekonujący dla opinii publicznej.

Dopóki rząd Benjamina Netanjahu lub jego następcy nie zmieni podejścia do prowadzenia polityki zagranicznej Izrael nie może liczyć na wzrost poparcia dla jego działań. W chwili obecnej należy spodziewać się wzrostu popularności takich akcji jak BDS, nawołującego do bojkotu produktów, instytucji i artystów izraelskich, na rzecz promocji palestyńskich alternatyw. Izraelczycy w tym momencie biorą pod uwagę głównie opinię elektoratu Likudu i koalicjantów oraz Stanów Zjednoczonych, głównie dlatego, że dzięki wsparciu USA nie mają rzeczywistych wrogów w pobliżu. Izraelczycy muszą nauczyć się uwzględniania opinii międzynarodowej w swojej polityce, jeżeli chcą w odpowiedni sposób przedstawić swoją historię budząc sympatie. Alternatywą jest też doprowadzenie do rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Obecnie jednak, choć Izraelczycy wygrywają bitwy przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii wojskowych, to w rzeczywistości przegrywają bitwy o PR, stając się w oczach świata agresorami, nawet gdy toczą wojny defensywne.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *